Grzegorz Hajdarowicz mówi w wywiadzie dla Rzepy, że chce aby "Przekrój" miał profil bardziej lewicowy niż jest obecnie. Chce wyrazistego, ostro lewicowego tygodnika. Z punktu widzenia biznesowego działanie jak najbardziej słuszne. Klasyczna dywersyfikacja aktywów, czyli chce mieć w portfelu akcje pism o różnych "profilach działalności", chocaż jakby nie było to cały czas ta sama branża. Cel biznesowy dla "Przekroju" wyznacza na poziomie 120-180 tys. sprzedanych egzemplarzy.

Jednak co ta lewicowość "Przekroju" ma oznaczać? Przykład jaki podaje w wywiadzie: "Nie będę się zgadzał na wyrażanie poglądów skrajnych typu komunizm, ale nie ukrywam, że liczę na mocną debatę. Jeśli mamy poważną dyskusję o małżeństwach homoseksualnych, to chciałbym, żeby "Przekrój" poszedł dalej i zapytał, dlaczego nie można mieć wielu żon czy mężów. Tygodnik nie powinien obawiać się odważnych tematów."

Czyli ma to być lewicowość obyczajowa, libertynizm. W Polsce taka lewicowość to totalny margines, jakieś klubo-kawiarnie gdzie zbiera się czasem kilkanaście osób towarzystwa wzajemnej adoracji, żeby odprawić swoje libertyńskie modły. Przypuszczam, że zakładanego celu sprzedażowego nie uda się osiągnąć idąc w tę stronę. Ten typ czytelników ma już swoje, czyli urbanowskie, NIE i parę pomniejszych tytułów antyklerykalnych.

Tak więc widać w tym działaniu jakąś myśl, ale wykonanie może okazać się chybione. Osobiście sądzę że tygodnik lewicowy robiony na poważnie w stylu Uważam Rze, ale bez błądzenia w libertynizm i ślepy antyklerykalizm mógłby mieć duże szanse sukcesu, bo polskie społeczeństwo jest w sporej części takie PPSowskie. Czy nie byłoby z korzyścią pospierać się prawdziwie na rzeczowe argumenty w kwestaich socjalnych, ekonomicznych na łamach 2 poważnych tygodników? Obecnie ciężko o poważne dyskusje.